50%
50% wyborów mamy już za sobą.
Za dwa tygodnie drugie 50% i po wszystkim. Albo inaczej - dopiero się zacznie...
I tak wybierzemy…
...kogoś innego. Jako, że jesteśmy już na ostatniej prostej przed pierwszą turą wyborów prezydenckich, nie mogę odgonić się od pewnej myśli - wybieramy kogoś, kto ma szansę wygrać, a nie tego, kto nam pasuje. Nic odkrywczego? A może wręcz przeciwnie.
Myśl mnie ta natchnęła przy okazji pisania tego komentarza, w którym to próbowałem nakreślić fenomen Janusza Korwina - Mikkego. Chciałbym tutaj to nieco rozwinąć i uogólnić.
Jak łatwo zauważyć, kandydat na prezydenta, Janusz Korwin - Mikke, króluje, a przynajmniej jest w ścisłej czołówce, wielu sondaży i "prawyborów" przeprowadzanych na wszelkich serwisach poświęconym tegorocznym wyborom. Żeby nie być gołosłownym - Prawybory na portalu Facebook: JKM na drugim miejscu z wynikiem nieco ponad 20%, wprost24.pl: bezsprzeczne prowadzenie z wynikiem ponad 40%, na wykop.pl wręcz natłok filmików i komentarzy z udziałem kandydata, bardzo pozytywnie odbieranymi przez internautów.
A na ile może liczyć realnie w niedzielnych wyborach? Nie przewiduję, aby to był wynik przekraczający 5 - 6%. Będzie to bardziej oscylować w granicach 2 - 4%, na pewno nie będzie to wynik dwucyfrowy, który jest "zarezerwowany" dla Komorowskiego, Kaczyńskiego i Napieralskiego, ewentualnie Olechowskiego.
Skąd taki fenomen? Jednym z czynników może być wpływ wieku. W internecie nie ma cenzusu wieku. Głosować może każdy. Choć tutaj nie spodziewałbym się zbyt dużego odsetka osób niepełnoletnich, którzy akurat fanatycznie klikają wszędzie, gdzie znajdą "Janusz Korwin - Mikke - GŁOSUJ". Ci raczej, ze względu na nikłe pojęcie o polityce, będą klikać wedle nastrojów w domu, zwłaszcza na Komorowskiego, bo Kaczyński, to przebrzydły kaczor i kropka. Nie jest też problemem głosować kilka razy w tej samej ankiecie, co zwolennikom JKM może pomóc budować właśnie taką spiralę zaskoczenia - Mikke na prowadzeniu! Mikke do boju! itp.
I tu dochodzimy do sedna, dlaczego nagle poparcie spada do realnych kilku procent? Przy urnie nie ma już zabawy, klikania "odśwież" oraz bezwiednego klikania "głosuj", nasuwa się refleksja i takie otrzepanie "E, Mikke, ten wariat w muszce, co to tylko pokrzykuje o złodziejach, logicznie, bo logicznie, ale pokrzykuje? Nieee, to nie dla mnie... Poza tym, przecież on przegra, więc po co mi na niego głosować".
No właśnie, w duchu popieramy kandydata X, dajmy na to już Mikkego. Pasują nam jego poglądy, chęć wprowadzenia pewnych reform, powszechne uzdrowienie kraju, zwłaszcza gospodarczo. Ale ten nieszczęsny "imidż" (mi "imidż" ciągle kojarzy się nie z "image" tylko z "imitacją". Chyba trafniej.), muszka, ostry język, sumiaste wąsy i łysinka, przekreślają go w ostatecznym rozrachunku.
Pozostaje jeszcze jedna kwestia - "on zawsze przegrywa, to zmarnowany głos". Nigdy nie chcemy obstawiać przegranych, a wybory to bardzo specyficzny rodzaj zakładów bukmacherskich. Ostatecznie, zakreślamy tego, kto ma większe szanse i jest najbliżej naszego ideału światopoglądowego. Oczywiście dotyczy się to osób, które nie są uznawane za "żelazny elektorat" danego kandydata, choćby bardzo niszowego.
No, ale skąd w końcu Korwin - Mikke ma takie poparcie wśród "cichego tłumu"? Ponieważ ma logiczne, racjonalne poglądy, prawicowe, które wbrew pozorom, odpowiadają dużej części społeczeństwa, która dodatkowo jest zmęczona przepychankami na linii PO - PiS. Marek Jurek jest kandydatem zbyt konserwatywnym, związanym z Kościołem, a to jedyna osoba na prawej stronie, która mogłaby jeszcze prócz JKM przejąć tę pałeczkę.
Kończąc, wspomniałem jeszcze, że wyniki dwucyfrowe są już zarezerwowane dla kilku kandydatów. Dlaczego dla Kaczyńskiego i Komorowskiego, wyjaśniłem - są to "pewniki", na których ludzie chcą głosować, by nie czuć się przegranymi (albo odczuwać do w najmniejszym stopniu). A dlaczego znajduje się tam Grzegorz Napieralski albo Andrzej Olechowski? Bo jednak w Polsce jest więcej zwolenników lewicy czy też centrolewicy niż czystej maści prawicowców (czy ten podział jeszcze w ogóle coś znaczy...?)
No, to jeszcze 7 dni i będzie ciekawie!
Wolność wyboru wyborów
Dziś wpis wyjątkowo z pogranicza polityki i informatyki, czyli jak przyciągnąć ludzi do głosowania we wszelkich wyborach. Można to osiągnąć w bardzo prosty sposób...
Co stoi na przeszkodzie studentowi, by ten poszedł zagłosować? Nie tylko brak chęci i olewanie polityki (mimo, że student, to przyszła inteligencja i elita narodu teoretycznie, a zainteresowanie polityką dla takiego to obowiązek), ale proszę zauważyć iż gro żaków mieszka dziesiątki kilometrów od domu. Często wynajmują stancje na lewo, bez zameldowania. Aby móc głosować w nie swoim okręgu, musi wybrać się do urzędu miasta, gdzie aktualnie przebywa, generalnie biurokracja. A czy nie wystarczyłby bardzo prosty system informatyczny (w sensie, pracujący na bardzo prostych zasadach)? Wystarczyłby. Osoba taka (będę się opierał tu na tym nieszczęsnym studencie, bo najłatwiej jest mi się zidentyfikować) idzie ze swoim dowodem tożsamości do komisji wyborczej. pokazuje dowód, gdzie widnieje jego PESEL. Członek komisji wyszukuje w bazie danych PESEL, sprawdza czy dane się zgadzają, odznacza w bazie (ogólnopolskiej), że ten człowiek, o tym PESEL-u już zagłosował, wydaje kartę do głosowania i po sprawie. Albo na odwrót, żeby nie budować zbyt dużej bazy, po prostu wpisywać PESEL. Wpis w rejestrze równałby się oddaniu głosu. Po to, żeby zabezpieczyć się przed ponownym głosowaniem tej samej osoby w komisji obok czy w innym mieście.
Jak miałby być zbudowany taki system? Proszę, oto system teoretyczny:
- Baza danych, jakiś SQL, czy coś, co się nadaje do obsługi sporej liczby danych.
- Do bazy wczytujemy PESEL-e osób upoważnionych do głosowania, czyli pełnoletnich, na pewno istnieją takie dane.
- W komisjach wyborczych stawia się po jednym - dwóch komputerkach, najprostszych, z dostępem do bazy.
- Wpis PESEL-u do bazy/odznaczenie osoby zaznaczałoby cały wiersz np. na czerwono, co oznaczałoby oddany głos.
Wykonanie? Cena? Cóż, moim zdaniem taka operacja wyszłaby wszystkim na dobre. Zmniejszenie biurokracji, uproszczenie procedur, przyciągnięcie niezdecydowanych do głosowania, błyskawiczne obliczanie frekwencji. Co do kosztów, zakup porządnego sprzętu, oprogramowanie i wdrożenie, to koszty niemalże jednorazowe + mały sztab osób do obsługi tego. Dobrych infomratyków w Polsce nam nie brakuje.
Wyżej wymieniony schemat nie dotyczy tylko studentów. Wystarczy, że ktoś jest w delegacji, wyjechał w odwiedziny do rodziny w góry na weekend, pojechał do miasta obok na spacer do parku i akurat przechodzi koło komisji wyborczej.
Mankamentem, który dostrzegam w tej chwili, może być to, że w niektórych komisjach mogłoby zabraknąć kart do głosowania, bo przyszłoby za dużo osób. Ale to można jakoś statystycznie obliczyć, gdzie ile potrzeba, ewentualnie, kiedy komisja widzi, że karty się kończą, dzwonią do odpowiedniej osoby, która dowozi karty z najbliższego, dostępnego miejsca.
Pewnie wymagałoby to pewnych regulacji prawnych, jednak dla chcącego nic trudnego. Warto zauważyć, że z pewnością byłoby to łatwiej wprowadzić, niż głosowanie internetowe. Bo tu już trzeba byłoby się postarać o dobry system identyfikacyjny, świetne zabezpieczenia. Moja propozycja to jakby wstęp do głosowania przez sieć.
Co wy na to?
PS.
Obiecuję, że za niedługo pojawi się kolejna część opowiadania.

