Im wiecej znasz, tym wiecej masz III Rzeczywistosc Polska

13sie/101

Symbol religii politycznej

Wojna z krzyżem, wojna o krzyż, wojna pod krzyżem, a także wojna krzyżem i przeciw krzyżowi. Jednym słowem, ujmując to w szablon językowy - totalna masakra. Najlepsze jest to, że przecież z krzyżem, jako z symbolem religijnym, nie ma to nic wspólnego, o czym zapominają wszystkie strony tego sporu.

10 kwietnia 2010. Tłumy zbierają się z godziny na godzinę pod pałacem prezydenckim w Warszawie. Miejscem symbolicznym, niepowtarzalnym ponieważ upamiętniającym nie tylko tragicznie zmarłą parę prezydencką, która urzędowała w tym budynku i reprezentowała Polskę. Nie tylko Państwa Kaczyńskich, ale i każdego z uczestników smoleńskiej tragedii, którzy też Polskę reprezentowali! Stąd też idiotyczne są drwiny przeciwników krzyża czy też innego symbolu tamtych wydarzeń, że należy obstawić płytami, krzyżami i pomnikami wszystkie miejsca, w których ludzie wtedy gromadzili się.

Krzyż został tam postawiony nie jako symbol Kościoła, jako instytucji czy też symbol ukrzyżowanego Jezusa Chrystusa. Nie. Jest to po prostu symbol, rozpowszechniony akurat w naszym kręgu kulturowym, który stawia się w miejscach, gdzie ludzie zginęli lub upamiętniających te wydarzenia, niezależnie jakiego wyznania były ofiary. Gdyby Polska leżała na Dalekim Wschodzie, pod pałacem stanąłby księżyc z gwiazdą, gdyby w Izraelu, Gwiazda Dawida, a gdyby w Chinach, to drewniany sierp i młot!

Dlaczego napisałem, że zapominają o tym wszystkie strony tego sporu? Przeciwnicy krzyża operują retoryką "państwa kościelnego" czy też "wyznaniowego", a także wszelkimi, pokrewnymi argumentami. Jeszcze brakuje, aby na zwyczajowej tabliczce nad osobą ukrzyżowaną zamiast R.I.P było P.I.S... Przeciwnicy, dlaczego tak ten krzyż traktujecie? Symbolizuje on nie Kościół, a poległych pod Smoleńskiem. Nie byle jakich poległych, a osoby reprezentujące nasz kraj na co dzień w polityce czy działalności około politycznej bądź wojskowej. Tak zwana elita. Ludzie od lewej do prawej strony. I katolicy i na pewno kilku ateistów, a może ktoś jeszcze innego wyznania. Miał tam powstać totem?

Ludzie są wzrokowcami oraz zwierzętami społecznymi, którzy zawsze muszą żyć i funkcjonować w większych grupach. Nawet na co dzień, gromadzić się w okół pewnych symboli - pieniądze, sława, państwo, krzyż, budda i tym podobne. W przypadku, kiedy czujemy się zagrożeni, nasza potrzeba solidarności znacznie zwiększa się, stąd pewne symbole muszą być unaocznione, namacalne, ot, jak krzyż w Warszawie.

I tutaj wzrok kieruję na ostrych zwolenników pozostawienia krzyża na swoim miejscu - nie powstał on tam, by sławić wielkość Kościoła katolickiego. Nie ten i nie w tym miejscu, o czym pisałem już wcześniej. Dlatego zupełnie nie rozumiem pieśni religijnych śpiewanych przez megafony, konkursów na najgłośniejsze wyklepanie różańca i tym podobne gesty. Rozumiem osoby, które po prostu boją się, że krzyż zostanie usunięty, a na jego miejscu pozostanie po prostu wspomnienie ponieważ tak na dobrą sprawę, nie było żadnego porozumienia, debaty jednej i drugiej strony, co i w jakim kształcie powinno tam pozostać. A powinno. Tablica postawiona "przez prezydenta Komorowskiego" jest tu bardziej postrzegana bardziej, jako próba założenia plastra na złamanie otwarte nogi, jako doraźny środek, aby pogłaskać wzburzony tłum.

Po prostu, krzyż, ten jeden, konkretny, stał się symbolem religii, ale religii politycznej, czy też polityczno - społecznej.

10lip/100

Just do it…

Nie sposób nie usłyszeć ostatnich "gorących zapewnień" posła PO Janusza Palikota, że Ś. P. Lech Kaczyński "ma krew na rękach" ponad 90 ofiar katastrofy smoleńskiej. Ten "news" pojawia się we wszelkich mediach od dobrych kilku dni.

Jednak nie sposób znaleźć tak nagłośnionego newsa, iż zapisy czarnych skrzynek, które otrzymaliśmy (KOPIE, BEZ POTWIERDZENIA ZGODNOŚCI Z ORYGINAŁEM!) od naszych "przyjaciół Moskali", nie pokrywają się z tzw. "faktyczną rzeczywistością". Mam tu na myśli informacje kontrolera lotu na temat wysokości maszyny. Do tego stwierdzenia Rosjan, że oni już przekazali wszystkie informacje na temat wypadku, wszystko jest jasne i klarowne, i są gotowi do zezłomowania szczątek tupolewa. A co z zapowiadaną ekspedycją polskich archeologów, która miała być na miejscu "tuż, już, już zaraz" po katastrofie, a nie wyruszyła dotąd?

Głupio tak opieprzać ludzi, dziennikarzy, niejako "po fachu", ale - weźcie się, kurwa, w garść, przestańcie padać na kolana przed PO i partyjnymi pajacami pokroju Palikota czy Niesiołowskiego i zacznijcie drążyć ten temat! Czy to nie zaszczyt dziennikarstwa, mieć możliwość drążenia naprawdę dużej sprawy? Już nawet nie mówię tutaj o działaniu z pobudek patriotycznych, dążenia do prawdy i chęci wyciągnięcia z tego konsekwencji. Zróbcie to po prostu dla własnej sprawy - "Tak, to nasza stacja/gazeta/telewizja odtworzyła zdarzenia z 10 kwietnia 2010 roku!" - publikacje, zdjęcia, nagrody, sława, miejsce w encyklopedii, wikipedii... Po prostu zróbcie coś porządnie!

Nie miejcie krwi na sumieniu...

8maj/100

Solidarni 2010 – spostrzeżenia

W końcu znalazłem chwilę czasu, aby nadrobić zaległości i zobaczyć ten jakże głośny, pisowski, wyreżyserowany i nieprawdziwy film, jakim są "Solidarni 2010".

Po prostu brakuje mi słów, jak ludzie w ogóle śmieli wymawiać takie słowa jak "Polak", "patriota", "chrześcijanin" czy "manipulacja medialna" (tak, Polacy znają takie trudne słowo jak "manipulacja") i to jeszcze w takim nagromadzeniu?!

Głównym argumentem, którym posługują się pewne środowiska mówiące przeciwko tej produkcji, jest rzekome stwierdzenie, że ludzie występujący przed kamerą byli podstawieni. Cóż, gratuluję podstawiania ludzi w takim tłumie, który był w owych dniach pod pałacem prezydenckim. Że słowa, które wypowiadali nie były ich? Łatwo było zauważyć, że sporo ludzi, z którym przeprowadzano wywiad, to osoby proste (nie prostackie), z niewielkich miejscowości. Takie osoby po pierwsze ciężko namówić do zrobienia czegoś takiego, po drugie, nie potrafiliby wiarygodnie wypaść przed kamerą (z promptera nie przeczytają przecież. z kartek trzymanych przez reżyserów? Ciemno było, po drugie, sztuka czytania tak, jak się mówi w rzeczywistości, jest czymś bardzo wyćwiczonym bądź trzeba mieć do tego talent). Poza tym, jak wspomniałem, ilość ludzi pod pałacem była tak ogromna, że nie trzeba było nikogo podstawiać, aby znaleźć takie opinie, jakie mieliśmy okazję wysłuchać w "Solidarnych..."

Kolejnym zarzutem, z resztą bardzo powiązany z tym, co napisałem powyżej, jest silna stronniczość opinii w wypowiedziach tych ludzi. Jak to można wytłumaczyć? Po pierwsze, tytuł filmu - Solidarni (wobec narodowej tragedii) - a nie "Co myślę o prezydencie Kaczyńskim, jego małżonce i poszczególnych osobach, które zginęły 10.04.10". Po drugie, tak na zdrowy rozsądek, nikt kto był w Warszawie w okolicach pałacu prezydenckiego, nie przyszedł z nienawiści do pary prezydenckiej. Przyszedł ktoś, bo ich szanował, prezydenta uważał za świetnego wodza, bo czuł potrzebę zjednoczenia się z innymi ludźmi, Polakami... Powodów było mnóstwo. Osoby, które nienawidziły (bo był "kaczorem"?) Lecha Kaczyńskiego, po prostu siedziały sobie w domu i przeglądały internet, oglądały filmy na DVD czy cokolwiek innego. Ponadto, warto zauważyć jeszcze jedną rzecz, która umyka krytykom - pod Smoleńskiem zginęły także inne osoby. Od lewa do prawa. Zginęli dowódcy Wojska Polskiego. Posłowie, senatorowie, działacze pozarządowi. Czyli praktycznie "każdy" kogoś stracił, w sposób nagły, niespodziewany. Jak ktoś to ładnie ujął w filmie "zbyt prosto, zbyt banalnie". A wypowiedzi nie były tylko w tonie "tak, zginął mój prezydent", czy "to wielka strata, że Lech Kaczyński z małżonką nie żyją". Nie. Było też mnóstwo wypowiedzi w tonie ogólnym, że stała się rzecz straszna, że zginęła elita państwowa, ważni przedstawiciele Polski, którzy działali dla jej dobra i że w takich chwilach widać, że potrafimy się zjednoczyć mimo codziennych podziałów.

Czy to naprawdę takie złe, że pokazano uczucia tych ludzi? Że powiedzieli co myślą, bo nigdzie nie mogą znaleźć odpowiedzi w ciągle mnożącym się gąszczu pytań? Nie...

21kwi/102

Warszawa, 17.04.2010

Emocje już odrobinę opadły, teraz każdy przeżywa to (bądź nie), gdzieś w sobie. Mowa oczywiście o tragedii pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010. Dziś nie będzie tradycyjnego wpisu komentującego.

W zamian, zapraszam na stronę poe.art.pl gdzie za komentarz posłużą moje zdjęcia z sobotnich uroczystości żałobnych z Warszawy.

Zapraszam do oglądania i komentowania.

16kwi/108

Jarosław Kaczyński na prezydenta?

Po Ś. P. Lechu Kaczyńskim pozostanie duża wyrwa w polskiej polityce. To nie ulega wątpliwości. Jednak w pewnych aspektach, jak puste miejsce na fotel prezydenta z ramienia Prawa i Sprawiedliwości, musi zostać zalatane. Tylko kim? Bratem zmarłego prezydenta...?

Odpowiem krótko, acz treściwie, mam nadzieję. Z całym szacunkiem dla prezesa PiS, uważam że absolutnie nie powinien zostać on kandydatem na tegoroczne wybory prezydenckie. Widzę kilka powodów. Zakładając racjonalność podmiotu politycznego, w tym wypadku zarząd partii, PiS po potwornym przetrzebieniu jego głównych szeregów po katastrofie smoleńskiej, jest bardzo osłabione. Zginęło wiele twarzy, które tworzyło charakterystyczny wizerunek partii. Pozostał Jarosław Kaczyński, prezes PiS, który jest niewątpliwie osobą bardzo wyrazistą i jest silnym przywódcą. W tej chwili PiS potrzebuje właśnie kogoś takiego, by zacisnąć pięści i pójść naprzód. Należy pamiętać, że startując w wyborach prezydenckich, będzie on musiał zrezygnować z prezesostwa, nie wspominając już o tym, że już całkiem nie będzie mógł (ze względów prawnych jak i moralnych) zarządzać PiS-em z fotela prezydenta RP.

Ponadto, mimo wszystko, w wielu kręgach, także konserwatywnych, Jarosław Kaczyński jest uważany za "gorszą wersję" brata, jako osoba zacietrzewiona, zawzięta i nieustępliwa w niezdrowy sposób. Taki obraz z pewnością nie przysporzy mu ewentualnego poparcia. Następnie, pozostaje, hm, "uderzające podobieństwo" do Ś.P. Lecha Kaczyńskiego. Przez większość może to zostać odebrane (mniej lub bardziej błędnie) jako "żerowanie" na wizerunku tragicznie zmarłego prezydenta.

Wykluczam też absolutnie opcję, która też była forsowana w niektórych mediach, jakoby PiS nie wystawi żadnego kandydata w tegorocznych wyborach. Jest to niemożliwe, zakładając i racjonalność organu politycznego albo jego emocjonalność. Racjonalnie - PiS nie może pozwolić sobie, aby PO z Bronisławem Komorowskim na czele przejął praktycznie całkowicie realną władzę w państwie. Jednak pięcioletnia kadencja prezydenta to kawał czasu. Zakładając zupełną emocjonalność władz Prawa i Sprawiedliwości, z pewnością doszliby do wniosku, że Lech Kaczyński na pewno nie chciałby, aby po nim nikt z PiS-u nie startował. Byłoby to zaprzepaszczeniem jego dotychczasowych dokonań na arenie politycznej, a miał ich sporo.

Zatem kto? Ja nie mam pojęcia, gdyż PiS już nie raz zaskakiwało. Jednak widziałbym w tej roli albo Zbigniewa Ziobrę, albo niezwiązanego bezpośrednio (w sensie legitymacji partyjnej) Marka Kamińskiego, byłego szefa CBA. Pierwszy z nich byłby bardzo dobrym prezydentem moim zdaniem, jednak we władzach partii nie jest zbyt lubiany. Kamiński? Lubiany, ale chyba nie dopuszczą nikogo spoza ścisłych władz partii... Zobaczymy, za parę dni wszystko się wyjaśni.

Kończąc, mam nadzieję, że w tej zbliżającej się blitz-kampanii, tragedia pod Smoleńskiem nie będzie tematem przewodnim... Byłby to strzał w kolano dla każdego z kandydatów.

Nic, pora kończyć, jutro do Warszawy...