Symbol religii politycznej
Wojna z krzyżem, wojna o krzyż, wojna pod krzyżem, a także wojna krzyżem i przeciw krzyżowi. Jednym słowem, ujmując to w szablon językowy - totalna masakra. Najlepsze jest to, że przecież z krzyżem, jako z symbolem religijnym, nie ma to nic wspólnego, o czym zapominają wszystkie strony tego sporu.
10 kwietnia 2010. Tłumy zbierają się z godziny na godzinę pod pałacem prezydenckim w Warszawie. Miejscem symbolicznym, niepowtarzalnym ponieważ upamiętniającym nie tylko tragicznie zmarłą parę prezydencką, która urzędowała w tym budynku i reprezentowała Polskę. Nie tylko Państwa Kaczyńskich, ale i każdego z uczestników smoleńskiej tragedii, którzy też Polskę reprezentowali! Stąd też idiotyczne są drwiny przeciwników krzyża czy też innego symbolu tamtych wydarzeń, że należy obstawić płytami, krzyżami i pomnikami wszystkie miejsca, w których ludzie wtedy gromadzili się.
Krzyż został tam postawiony nie jako symbol Kościoła, jako instytucji czy też symbol ukrzyżowanego Jezusa Chrystusa. Nie. Jest to po prostu symbol, rozpowszechniony akurat w naszym kręgu kulturowym, który stawia się w miejscach, gdzie ludzie zginęli lub upamiętniających te wydarzenia, niezależnie jakiego wyznania były ofiary. Gdyby Polska leżała na Dalekim Wschodzie, pod pałacem stanąłby księżyc z gwiazdą, gdyby w Izraelu, Gwiazda Dawida, a gdyby w Chinach, to drewniany sierp i młot!
Dlaczego napisałem, że zapominają o tym wszystkie strony tego sporu? Przeciwnicy krzyża operują retoryką "państwa kościelnego" czy też "wyznaniowego", a także wszelkimi, pokrewnymi argumentami. Jeszcze brakuje, aby na zwyczajowej tabliczce nad osobą ukrzyżowaną zamiast R.I.P było P.I.S... Przeciwnicy, dlaczego tak ten krzyż traktujecie? Symbolizuje on nie Kościół, a poległych pod Smoleńskiem. Nie byle jakich poległych, a osoby reprezentujące nasz kraj na co dzień w polityce czy działalności około politycznej bądź wojskowej. Tak zwana elita. Ludzie od lewej do prawej strony. I katolicy i na pewno kilku ateistów, a może ktoś jeszcze innego wyznania. Miał tam powstać totem?
Ludzie są wzrokowcami oraz zwierzętami społecznymi, którzy zawsze muszą żyć i funkcjonować w większych grupach. Nawet na co dzień, gromadzić się w okół pewnych symboli - pieniądze, sława, państwo, krzyż, budda i tym podobne. W przypadku, kiedy czujemy się zagrożeni, nasza potrzeba solidarności znacznie zwiększa się, stąd pewne symbole muszą być unaocznione, namacalne, ot, jak krzyż w Warszawie.
I tutaj wzrok kieruję na ostrych zwolenników pozostawienia krzyża na swoim miejscu - nie powstał on tam, by sławić wielkość Kościoła katolickiego. Nie ten i nie w tym miejscu, o czym pisałem już wcześniej. Dlatego zupełnie nie rozumiem pieśni religijnych śpiewanych przez megafony, konkursów na najgłośniejsze wyklepanie różańca i tym podobne gesty. Rozumiem osoby, które po prostu boją się, że krzyż zostanie usunięty, a na jego miejscu pozostanie po prostu wspomnienie ponieważ tak na dobrą sprawę, nie było żadnego porozumienia, debaty jednej i drugiej strony, co i w jakim kształcie powinno tam pozostać. A powinno. Tablica postawiona "przez prezydenta Komorowskiego" jest tu bardziej postrzegana bardziej, jako próba założenia plastra na złamanie otwarte nogi, jako doraźny środek, aby pogłaskać wzburzony tłum.
Po prostu, krzyż, ten jeden, konkretny, stał się symbolem religii, ale religii politycznej, czy też polityczno - społecznej.
Just do it…
Nie sposób nie usłyszeć ostatnich "gorących zapewnień" posła PO Janusza Palikota, że Ś. P. Lech Kaczyński "ma krew na rękach" ponad 90 ofiar katastrofy smoleńskiej. Ten "news" pojawia się we wszelkich mediach od dobrych kilku dni.
Jednak nie sposób znaleźć tak nagłośnionego newsa, iż zapisy czarnych skrzynek, które otrzymaliśmy (KOPIE, BEZ POTWIERDZENIA ZGODNOŚCI Z ORYGINAŁEM!) od naszych "przyjaciół Moskali", nie pokrywają się z tzw. "faktyczną rzeczywistością". Mam tu na myśli informacje kontrolera lotu na temat wysokości maszyny. Do tego stwierdzenia Rosjan, że oni już przekazali wszystkie informacje na temat wypadku, wszystko jest jasne i klarowne, i są gotowi do zezłomowania szczątek tupolewa. A co z zapowiadaną ekspedycją polskich archeologów, która miała być na miejscu "tuż, już, już zaraz" po katastrofie, a nie wyruszyła dotąd?
Głupio tak opieprzać ludzi, dziennikarzy, niejako "po fachu", ale - weźcie się, kurwa, w garść, przestańcie padać na kolana przed PO i partyjnymi pajacami pokroju Palikota czy Niesiołowskiego i zacznijcie drążyć ten temat! Czy to nie zaszczyt dziennikarstwa, mieć możliwość drążenia naprawdę dużej sprawy? Już nawet nie mówię tutaj o działaniu z pobudek patriotycznych, dążenia do prawdy i chęci wyciągnięcia z tego konsekwencji. Zróbcie to po prostu dla własnej sprawy - "Tak, to nasza stacja/gazeta/telewizja odtworzyła zdarzenia z 10 kwietnia 2010 roku!" - publikacje, zdjęcia, nagrody, sława, miejsce w encyklopedii, wikipedii... Po prostu zróbcie coś porządnie!
Nie miejcie krwi na sumieniu...
50%
50% wyborów mamy już za sobą.
Za dwa tygodnie drugie 50% i po wszystkim. Albo inaczej - dopiero się zacznie...
Grzegorz O.
Chyba nie muszę wspominać, że dzisiejszy, filmowy wpis okraszony moim krótkim komentarzem, będzie o Grzegorzu Osyrze, prezydencie miasta Mysłowice, który już dawno powinien zostać usunięty ze swojego stanowiska.
Już jakiś czas temu "Misja Specjalna" Telewizji Polskiej zainteresowała się niegospodarnością (łagodnie mówiąc) prezydenta Mysłowic, Grzegorza Osyry. Kilka dni temu, wątek znów powrócił na łamy tego programu. I bardzo dobrze. Szkoda, że tylko w wymiarze 20 minut. O tym, co dzieje się w moim rodzinnym mieście, można by nakręcić bez problemu pełnometrażowy dokument...
Oto wspomniany reportaż:
Warszawa, 17.04.2010
Emocje już odrobinę opadły, teraz każdy przeżywa to (bądź nie), gdzieś w sobie. Mowa oczywiście o tragedii pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010. Dziś nie będzie tradycyjnego wpisu komentującego.
W zamian, zapraszam na stronę poe.art.pl gdzie za komentarz posłużą moje zdjęcia z sobotnich uroczystości żałobnych z Warszawy.
Zapraszam do oglądania i komentowania.
Jarosław Kaczyński na prezydenta?
Po Ś. P. Lechu Kaczyńskim pozostanie duża wyrwa w polskiej polityce. To nie ulega wątpliwości. Jednak w pewnych aspektach, jak puste miejsce na fotel prezydenta z ramienia Prawa i Sprawiedliwości, musi zostać zalatane. Tylko kim? Bratem zmarłego prezydenta...?
Odpowiem krótko, acz treściwie, mam nadzieję. Z całym szacunkiem dla prezesa PiS, uważam że absolutnie nie powinien zostać on kandydatem na tegoroczne wybory prezydenckie. Widzę kilka powodów. Zakładając racjonalność podmiotu politycznego, w tym wypadku zarząd partii, PiS po potwornym przetrzebieniu jego głównych szeregów po katastrofie smoleńskiej, jest bardzo osłabione. Zginęło wiele twarzy, które tworzyło charakterystyczny wizerunek partii. Pozostał Jarosław Kaczyński, prezes PiS, który jest niewątpliwie osobą bardzo wyrazistą i jest silnym przywódcą. W tej chwili PiS potrzebuje właśnie kogoś takiego, by zacisnąć pięści i pójść naprzód. Należy pamiętać, że startując w wyborach prezydenckich, będzie on musiał zrezygnować z prezesostwa, nie wspominając już o tym, że już całkiem nie będzie mógł (ze względów prawnych jak i moralnych) zarządzać PiS-em z fotela prezydenta RP.
Ponadto, mimo wszystko, w wielu kręgach, także konserwatywnych, Jarosław Kaczyński jest uważany za "gorszą wersję" brata, jako osoba zacietrzewiona, zawzięta i nieustępliwa w niezdrowy sposób. Taki obraz z pewnością nie przysporzy mu ewentualnego poparcia. Następnie, pozostaje, hm, "uderzające podobieństwo" do Ś.P. Lecha Kaczyńskiego. Przez większość może to zostać odebrane (mniej lub bardziej błędnie) jako "żerowanie" na wizerunku tragicznie zmarłego prezydenta.
Wykluczam też absolutnie opcję, która też była forsowana w niektórych mediach, jakoby PiS nie wystawi żadnego kandydata w tegorocznych wyborach. Jest to niemożliwe, zakładając i racjonalność organu politycznego albo jego emocjonalność. Racjonalnie - PiS nie może pozwolić sobie, aby PO z Bronisławem Komorowskim na czele przejął praktycznie całkowicie realną władzę w państwie. Jednak pięcioletnia kadencja prezydenta to kawał czasu. Zakładając zupełną emocjonalność władz Prawa i Sprawiedliwości, z pewnością doszliby do wniosku, że Lech Kaczyński na pewno nie chciałby, aby po nim nikt z PiS-u nie startował. Byłoby to zaprzepaszczeniem jego dotychczasowych dokonań na arenie politycznej, a miał ich sporo.
Zatem kto? Ja nie mam pojęcia, gdyż PiS już nie raz zaskakiwało. Jednak widziałbym w tej roli albo Zbigniewa Ziobrę, albo niezwiązanego bezpośrednio (w sensie legitymacji partyjnej) Marka Kamińskiego, byłego szefa CBA. Pierwszy z nich byłby bardzo dobrym prezydentem moim zdaniem, jednak we władzach partii nie jest zbyt lubiany. Kamiński? Lubiany, ale chyba nie dopuszczą nikogo spoza ścisłych władz partii... Zobaczymy, za parę dni wszystko się wyjaśni.
Kończąc, mam nadzieję, że w tej zbliżającej się blitz-kampanii, tragedia pod Smoleńskiem nie będzie tematem przewodnim... Byłby to strzał w kolano dla każdego z kandydatów.
Nic, pora kończyć, jutro do Warszawy...
Radni vs. Osyr.. Mieszkańcy
Czyli politycznego cyrku w wydaniu mysłowickim ciąg dalszy.
Zawitałem w swoje domowe progi, do Mysłowic, po raz pierwszy od niecałych dwóch miesięcy. Moje miasto wita mnie na dzień dobry przynajmniej kilkoma bilbordami, które rzekomo powstały z oddolnej, obywatelskiej inicjatywy. Powiecie - "wspaniale, w końcu wykształca nam się społeczeństwo obywatelskie! Hip hip hurra dla demokracji!". Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że cała "oddolna inicjatywa" jest z całą pewnością sterowana odgórnie, z polecenia samego prezydenta Osyry.
Jak pamiętacie, jakiś czas temu pisałem o billboardach w Mysłowicach, które rzekomo też były ufundowane przez rozentuzjazmowane społeczeństwo, sławiące prezydenta Osyrę. Notkę można przeczytać tutaj - "Jesteśmy z Tobą, prezydencie Osyra!". Co wynikło z tego? Kompletnie nic. A co mamy na ostatnich billboardach? Apel do mysłowickich radnych, by ci nie pozbawiali Mysłowic Off Festivalu, przywrócili miastu możliwość rozwoju kulturalnego i muzycznego oraz... Zostawili włączone światła w nocy. Podpisano - mieszkańcy Mysłowic. Ślicznie, prawda?
Teraz tłumaczę o co chodzi. Sprawa nie jest mała, bo dowiedziałem się o niej już w Lublinie, od koleżanki, która się spytała mnie czy to w tych moich Mysłowicach wyłączają w nocy latarnie na ulicach, żeby zaoszczędzić. Jakoś mnie to specjalnie nie zdziwiło, odpowiedziałem jej, że to na pewno te Mysłowice, bo gdzież indziej brakuje pieniędzy przez bardzo złe zarządzanie miastem przez prezydenta Osyrę. Okazało się, że na ten temat był nawet materiał w którymś Teleexpressie. Tylko z tego, co się dowiedziałem, przedstawiono newsa właśnie w sposób, jaki chciał uzyskać prezydent - zrzucono winę na Radę Miasta. Sprawa w rzeczywistości wygląda inaczej. Jest ona analogiczna do sytuacji bodajże sprzed roku, kiedy to prezydent miasta ruszył na jakieś cele pieniądze na oświatę i edukację. Są to kwoty tzw. "zamrożone", których nie można na nic innego przeznaczyć. Jednak zasada ta nie działa w Mysłowicach. Pieniądze zostały gdzieś upłynnione, a Rada Miasta na posiedzeniu odrzuciła prośbę prezydenta o to, by przyznać skądś kolejne pieniądze na edukację. Skończyło się na kolejnych billboardach w całych Mysłowicach, z hasłami w stylu "Radni nie dadzą pieniędzy na edukację". Ogólnie rzecz ujmując, billboardy są jedynym sposobem prezydenta na "komunikację" ze społeczeństwem. A, jest jeszcze agit-gazeta "Życie Mysłowic". Tak to jest nieuchwytny. Na żadne listy nie odpisuje. Aktualnie miasto nie ma pieniędzy, aby zorganizować znany w Polsce Off Festival, Mysłowice są zadłużone na tyle, że zdecydowano się na tak drastyczny krok jak właśnie wygaszenie latarni ulicznych w nocy, co automatycznie poskutkowało zwiększoną przestępczością i rozbojami.
Skąd mam pewność, że billboardy te na 100% nie są inicjatywą mieszkańców? Ponieważ jest to już oklepany sposób prezydenta na gnębienie Rady Miasta, na usprawiedliwianie siebie i próbę zatuszowania swojej, łagodnie mówiąc, niegospodarności. Następnie, billboardy te pojawiają się zawsze w tych samych miejscach. Zawsze. A najbardziej irytującym mnie faktem jest podszywanie się pod "społeczeństwo", pod każdego mieszkańca Mysłowic. Tak się, do jasnej cholery, nie robi! Choć w Polsce dalej mamy na każdym kroku pozostałości po komunie, to jednak takie zabiegi propagandowe (Grzegorz Osyra aktywnie działał w KC PZPR) już nie mieszczą się w głowie. Czuję się źle z tym. Nie potrafię zrozumieć, jakim cudem taka osoba rządzi w tym mieście drugą kadencję i nikt nie może z tym nic zrobić. Mam nadzieję, że każdy wychwycił implikaturę, dlaczego nie można z tym nic zrobić.
Żałuję, że bywam w swoim mieście rzadko, ze względu na studia, bo wtedy z wielką chęcią chciałbym bliżej przyjrzeć się sprawie i co nieco ją naświetlić. A tak, pozostaje dorywcza relacja nie tyle z placu boju co z pobojowiska.
Wesołych Świąt.
Urabianie inteligencji
Rok akademicki 2009/10 rozpoczęty. Kolejny. A wraz z nim kolejne urabianie przyszłej inteligencji polskiej tylko w jednym, jedynym kierunku. I to na państwowej uczelni. Na kierunku politycznym. W imię czego?
Wydawać by się mogło, że na takich studiach, jak stosunki międzynarodowe, dziennikarstwo i komunikacja społeczna czy politologia, na wydziale politologii, powinno się kształcić ludzi, którzy chcą działać w polityce każdego szczebla czy mediach wszelkich. Czyli ludzi o niemalże każdym światopoglądzie. Od lewa do prawa, bez konkretnego nacisku na którąkolwiek ze stron. W końcu kształci się młodzież, by ta w przyszłości była inteligencją narodu i tym narodem kierowała w sposób przede wszystkim mądry. Prowadzący zajęcia powinien być niejako przewodnikiem, który pokaże pewne zjawiska, zachęci studentów do poszukiwań i zgłębiania swoich światopoglądów, a może i zainteresowania innymi. Natomiast co zrobić, gdy wykładowca w jawny sposób przekazuje, że coś jest dobre, a czymś w ogóle nie powinno zawracać sobie głowy.
Przykład z dzisiejszych zajęć, który zreflektował mnie do dzisiejszego wpisu. Prowadzący jawnie stwierdza następującą rzecz: za rok są wybory prezydenckie i pada półgłosem hasło mniej więcej "jeju, jeszcze rok się z nim męczyć. Nie no, może nie jest takim złym politykiem, ale coś mu nie wychodzi". Po czym dorzuca trzy grosze w stylu: "Mam nadzieję, że za rok podejmiecie Państwo słuszny wybór". I jak tu mówić o bezstronności i nie narzucaniu swoich poglądów? A co, jeżeli ktoś się temu sprzeciwi? Nie zda egzaminu?
Czy ktoś może logicznie mi wytłumaczyć, dlaczego tak się postępuje?
A jeszcze do tego dochodzi wychwalanie, jaki to prezydent Kwaśniewski jest wygadany i elokwentny oraz ile to Gazeta Wyborcza ma fajnych pomysłów i akcji wraz z wydziałem...
Nocna zmiana, obowiązkowo!
Nocna zmiana - film obowiązkowy dla każdego Polaka. Kto nie widział realiów piosenki Kazika - "Lewy Czerwcowy", zapraszam.
Jakieś pytania?

