Wolność wyboru wyborów
Dziś wpis wyjątkowo z pogranicza polityki i informatyki, czyli jak przyciągnąć ludzi do głosowania we wszelkich wyborach. Można to osiągnąć w bardzo prosty sposób...
Co stoi na przeszkodzie studentowi, by ten poszedł zagłosować? Nie tylko brak chęci i olewanie polityki (mimo, że student, to przyszła inteligencja i elita narodu teoretycznie, a zainteresowanie polityką dla takiego to obowiązek), ale proszę zauważyć iż gro żaków mieszka dziesiątki kilometrów od domu. Często wynajmują stancje na lewo, bez zameldowania. Aby móc głosować w nie swoim okręgu, musi wybrać się do urzędu miasta, gdzie aktualnie przebywa, generalnie biurokracja. A czy nie wystarczyłby bardzo prosty system informatyczny (w sensie, pracujący na bardzo prostych zasadach)? Wystarczyłby. Osoba taka (będę się opierał tu na tym nieszczęsnym studencie, bo najłatwiej jest mi się zidentyfikować) idzie ze swoim dowodem tożsamości do komisji wyborczej. pokazuje dowód, gdzie widnieje jego PESEL. Członek komisji wyszukuje w bazie danych PESEL, sprawdza czy dane się zgadzają, odznacza w bazie (ogólnopolskiej), że ten człowiek, o tym PESEL-u już zagłosował, wydaje kartę do głosowania i po sprawie. Albo na odwrót, żeby nie budować zbyt dużej bazy, po prostu wpisywać PESEL. Wpis w rejestrze równałby się oddaniu głosu. Po to, żeby zabezpieczyć się przed ponownym głosowaniem tej samej osoby w komisji obok czy w innym mieście.
Jak miałby być zbudowany taki system? Proszę, oto system teoretyczny:
- Baza danych, jakiś SQL, czy coś, co się nadaje do obsługi sporej liczby danych.
- Do bazy wczytujemy PESEL-e osób upoważnionych do głosowania, czyli pełnoletnich, na pewno istnieją takie dane.
- W komisjach wyborczych stawia się po jednym - dwóch komputerkach, najprostszych, z dostępem do bazy.
- Wpis PESEL-u do bazy/odznaczenie osoby zaznaczałoby cały wiersz np. na czerwono, co oznaczałoby oddany głos.
Wykonanie? Cena? Cóż, moim zdaniem taka operacja wyszłaby wszystkim na dobre. Zmniejszenie biurokracji, uproszczenie procedur, przyciągnięcie niezdecydowanych do głosowania, błyskawiczne obliczanie frekwencji. Co do kosztów, zakup porządnego sprzętu, oprogramowanie i wdrożenie, to koszty niemalże jednorazowe + mały sztab osób do obsługi tego. Dobrych infomratyków w Polsce nam nie brakuje.
Wyżej wymieniony schemat nie dotyczy tylko studentów. Wystarczy, że ktoś jest w delegacji, wyjechał w odwiedziny do rodziny w góry na weekend, pojechał do miasta obok na spacer do parku i akurat przechodzi koło komisji wyborczej.
Mankamentem, który dostrzegam w tej chwili, może być to, że w niektórych komisjach mogłoby zabraknąć kart do głosowania, bo przyszłoby za dużo osób. Ale to można jakoś statystycznie obliczyć, gdzie ile potrzeba, ewentualnie, kiedy komisja widzi, że karty się kończą, dzwonią do odpowiedniej osoby, która dowozi karty z najbliższego, dostępnego miejsca.
Pewnie wymagałoby to pewnych regulacji prawnych, jednak dla chcącego nic trudnego. Warto zauważyć, że z pewnością byłoby to łatwiej wprowadzić, niż głosowanie internetowe. Bo tu już trzeba byłoby się postarać o dobry system identyfikacyjny, świetne zabezpieczenia. Moja propozycja to jakby wstęp do głosowania przez sieć.
Co wy na to?
PS.
Obiecuję, że za niedługo pojawi się kolejna część opowiadania.
Nocna zmiana, obowiązkowo!
Nocna zmiana - film obowiązkowy dla każdego Polaka. Kto nie widział realiów piosenki Kazika - "Lewy Czerwcowy", zapraszam.
Jakieś pytania?
Równość społeczna jest w nas
Dziś kolejny przykład tego, jak socjalizm i głęboka komuna siedzą w duszach Polaków.
Parę dni temu "Dziennik" w stylu godnym "Faktu" czy "Super Expresu" oznajmił, że poseł Kamiński z PiS ma zegarek za 9000 złotych. Ogólnie skandal. Wytropili, że dostał go od żony na rocznicę ślubu. Oczywiście pod tą szałową informacją zaroiło się od komentarzy w stylu "haha, też mi tanie państwo", "widać, że kryzys jest" i tym podobne. Wydźwięk artykułu i wpisów brzmi, ogólnie rzecz biorąc, "on-ma-kasę-a-my-nie-więc-oddawaj-skurwysynu-i-złodzieju". To cudownie obrazuje stan mentalności naszego społeczeństwa - równość komunistyczno - lewacka musi być. I koniec. Dlaczego ten ktoś ma, a ja nie mam? Założę się, że większość komentatorów nawet nie chce kiwnąć palcem, żeby popracować trochę.
Teraz, żeby nie było wątpliwości, operuję na wyżej wymienionym przykładzie, by pokazać ogół zjawiska. Mam na myśli cholerną zazdrość ludzi, że ktoś coś ma, a on nie, więc mógłby się podzielić. Pytam się jakim prawem? Jeżeli tylko ktoś zarobił uczciwie pieniądze, niech wydaje sobie na co chce. Zegarki, samochody, garnitury i wakacje. Zapracował, poszczęściło mu się, jest zaradny, to ma nagrodę. Po to mamy wolny rynek i kapitalizm, by każdy robił to, co chce i potrafił to sprzedać jak najkorzystniej dla siebie. Jasne, każdemu są potrzebne pieniądze, ale zawsze będzie tak, że ktoś będzie zarabiał więcej i na więcej sobie pozwoli. A bluzganie na kogoś, że ma więcej... Żałosne
Z resztą, wracając już konretnie do zegarka za 9000. Jakoś nikt nie krzyczy, że to rozbój w biały dzień, kiedy to Kwaśniewski ma całą kolekcję zegarków po kilka - kilkadziesiąt tysięcy złotych każdy. Jeden ma za 50 000, z tego co udało mi się znaleźć. Leszek Miller również może poszczycić się ciekawymi i wcale nie tanimi czasomierzami. Ale to są "swoi", z kompartii, więc na nich nie wolno krzyczeć i domagać się sprawiedliwości społecznej, której tak pragneli - sojusz robotniczo - chłopski. A Jerzy Urban, komuch jakich mało, który powinien żebrać o pieniądze od "wstrętnych kapitalistów", albo gnić w więzieniu, wozi się luksusowym Jaguarem, ma potężną willę oraz łódź. Może szanowni państwo od bluzgania zainteresowaliby się takimi przypadkami i żądaniami równości społecznej, hę?
Oblicza Wałęsy
Z jednej strony straszenie Europy przed podążaniem w stronę nacjonalizmu, z drugiej wystąpienie na zjeździe partii Libertas. Do tego co chwilę zmieniające się zdanie co do jego agenturalnej przeszłości. Oto nasz Lech Wałęsa.
1 maja, były prezydent, był zaproszonym gościem na zjazd eurosceptycznej partii Libertas w Rzymie. Podczas przemówienia, stwierdził on, że jest dla nich miejsce w Europie, jak najbardziej. Jak wiadomo, Libertas to partia nie pochwalająca kształtu Unii. Przy tej okazji warto wspomnieć, że wg Wałęsy 3000 złotych polskiej pensji to za mało, by utrzymać rodzinę, więc jeździ z różnymi przemówieniami, wykładami i pieprzy co ludzie chcą, gdzie popadnie. Kto wie, pewnie zgodziłby się wystąpić na zjeździe partii komunistycznej. Byleby zapłacili.
Parę dni po powyższym przemówieniu, na uniwersytecie w Mediolanie miał wykład, w którym padły z jego ust takie oto słowa:
- Europa, szczególnie zaś kraje na wschodzie, mogą patrzeć w przyszłość albo powrócić do nacjonalizmów - powiedział były prezydent - niestety zmierza się w tym drugim kierunku.
źródło: rp.pl
Obrót o 180 stopni? Jak najbardziej. Cóż tu więcej dodawać. Jest to conajmniej żałosne. Słyszałem opinię, że Lech Wałęsa nie potrafi bez kamer wytrzymać kilku dni (to ktoś powiedział, gdy prezydent straszył, że wyjedzie z kraju). Chyba coś w tym jest.
A sprawa TW Bolka? Jest mnóstwo dowodów, które ciężko jest podważyć, że właśnie TW Bolek, to Lech Wałęsa, były prezydent III RP. Jaka jest jego reakcja? Raz, że to nie on, że nic nie podpisał, potem, że nikogo nie skrzywdził podpisaniem, a jeszcze potem pojawia się kilka innych wersji. Często kilka w ciągu dnia. Niczym notowania giełdowe, trzeba czekać na zamknięcie sesji, by poznać w końcu ostateczną wersję "notowań". Oczywiście dzień później pojawia się nowa wersja. Update.
Pamiętacie głośną sprawę, z książki Pawła Zyzaka (której swoją drogą nie da się dostać, bo rozchodzi się na pniu. Nawet w wydawnictwie ostatnio czekali na kolejny dodruk), w której to zasugerowano, że zdarzyło się Wałęsie nasikać do kropielnicy w kościele? Prezydent wyśmiał wtedy autora książki i jego informatorów, że jak mógł on to zrobić, skoro te naczynia z wodą święconą są wysoko nad ziemią. Któryś z dziennikarzy pojechał do tego kościoła. Okazało się, że kropielnica jest tam na wysokości... ok. 40cm nad posadzką.
Tym niskim akcentem zakończę dzisiejszy wpis.
Durnie na elitę?
Maturzyści, którzy zdają WOS, miewają za zadanie, między innymi, odpowiedzieć na pytanie związane z pojęciem ruchliwości społecznej. Dla wielu osób (choćby Beata Pawlikowska, znana podróżniczka), jest to bulwersujące...
Nie rozumiem dlaczego wymaga się od dziewiętnastoletniego Polaka, żeby wiedział jakie są rodzaje „ruchliwości społecznej”, tak jak w tym zadaniu:
Do podanych rodzajów ruchliwości społecznej dobierz odpowiedni przykład.
A. Ruchliwość indywidualna pionowa
B. Ruchliwość indywidualna pozioma
C. Ruchliwość zbiorowa1. Jan Grzyb przeprowadził się z Grójca do Milanówka.
2. Grupa polskich informatyków absolwentów UniwersytetuWarszawskiego wyjechała do pracy do Irlandii.
3. Pani Teresa Kozioł przeniosła się do sąsiadki na czas remontu mieszkania.
4. Jan Kowalski po 7 latach pracy w firmie Medcat awansował na stanowisko kierownika regionalnego.
albo, coś, co mnie ubawiło:
Albo żeby znał konkretne numery ustaw i artykułów, tak jak w tym zadaniu:
Podaj numer artykułu i ustępu Ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów, którego dotyczy poniższy fragment artykułu prasowego.(...)
Wszystko to pochodzi z blogu Pani Pawlikowskiej, wpis z zeszłego roku. Dowiedziałem się jednak o nim dopiero dziś, ze strony Dziennika.
Szczerze powiedziawszy, bardzo się zawiodłem na tej pani. Myślałem, że reprezentuje coś więcej. Zacznę od końca, od ostatniego pytania, gdzie należało podać numer ustaw. Z tego co pamiętam, owszem, trzeba było podać numer, ale... wypisując go z tekstu źródłowego... Co do pierwszego, jakże "strasznego" pytania, jakim było to, o znajomość definicji ruchomości społecznej. Zaszokowała mnie wypowiedź, że jak to można wymagać od 19-latka znajomości tego. Jakby nie patrzeć, jest to podstawa wiedzy nie tylko z WOS-u. Bez tego zagadnienia nie ma nawet co ruszać tematu grup społecznych ani niczego podobnego. Matura nie jest obowiązkowa. Nie wiem, co się ludzie tak uparli na to, żeby pisać maturę, ba, potem iść na studia. Przecież to nie jest obowiązek. A skoro już ktoś się decyduje na to, by iść na studia, to musi mieć świadomość, iż ma budować przyszłą inteligencję i elitę Polski. A jeżeli mamy się obchodzić z dzieciakami z podstawówki, gimnazjalistami i maturzystami jak z jajkiem, żeby przypadkiem się nie nauczyli za dużo, to ja dziękuję za taką przyszłą "elytę"....
Europia, wstęp
Parę słów tytułem wstępu do opowiadania "Europia".
Nie jestem eurofobem. Uważam, że rodzaj wspólnoty europejskiej jest potrzebny. Sprzeciwiam się jednak dogłębnej integracji w jedno superpaństwo. Nie podoba mi się także upadek elementarnych wartości ogólnoludzkich jak przyzwalanie na homoseksualizm czy inne zboczenia. Także zbytnia tolerancja i pobłażanie różnego rodzaju imigrantom i osobom nie potrafiącymi się przystosować do życia w nowej ojczyźnie nie jest dobrym wyjściem, prowadzące do wielu konfliktów. Może dojść nawet do tego, że ludność miejscowa jest bardziej dyskryminowana od napływowej, co normalne nie jest. Równość ekonomiczna, szeroki socjalizm, to bzdura i cios dla każdego państwa z osobna, jak i Europy jako całość.
Wizje przedstawione w "Europii", to coś naprawdę skrajnego i głęboko wierzę, że nic podobnego nigdy nie nastąpi...
Europia, I
Kac. Budzik nieznoście zawodzi "Odą do radości". Gdzie tu, kurwa, może być radość o 7:00 dnia powszedniego - zastanawiam się głośno. W myślach. Ale nawet myśli są teraz głośne. Przez szpary w żaluzjach prześwituje po raz pierwszy od dawna Prawdziwe Słońce. Czas zwlec się z łóżka, nim ktoś mi w tym brutalnie pomoże - Nadzór Pełnego-Wykorzystania-Dnia-I-Szczęścia.
Zimny prysznic, filiżanka espresso, otwieram Euro Gazetę, wzrok prześlizguje się po nagłówkach - "lewica znów atakuje", "lewica domaga się równych praw dla mniejszości heteroseksualnych", "wiwat na cześć imigrantów".
- Taaak, to jest życie. - przeciągam się przy stole - Prawica zeszła do podziemia, właściwie stała się lewicą z przełomu wieku XX i XXI. Równouprawnienie pedałów i innych. Ale to musiały być czasy, prawda, Szopen? - Rudy, włochaty kocur miałknął jakby przytakując, po czym postawił ogon do góry i zgrabnie zeskoczył z krzesła. Odwrócił się, jego wzrok mówił wszystko. Wstałem, otworzyłem puszkę kociego jedzenia i dałem Szopenowi. Mruczenie przyjemnie wypełniło ciszę mieszkania. Wróciłem do przerwanej lektury. Doszedłem do dodatku lokalnego - "EuroPolska". Nic ciekawego. Komórka Euro Parlamentu w Warszawie jak zwykle nie potrafiła uchwalić niczego sensownego w obrębie i tak mocno ograniczonego prawa lokalnego i próba zamachu na przywódcę Ruchu Heteroseksualnego. Z tego ostatniego tekstu cieknie aż bólem, że po raz piąty nie udało się doprowadzić sprawy do ostatecznego rozstrzygnięcia - zabicia Jana Gymki.
W końcu zbliżał się najprzyjemniejszy moment całego, porannego rytuału - ze środka gazety wyciągam niby ulotkę, poskładaną na cztery. Konspiracyjny biuletyn "Wolny Naród". Ogólnoeuropejska, podziemna redakcja, wydająca gazetki przekonujące ludzi do powrotu do Starego Układu, czyli przynajmniej Unii Europejskiej z podziałem na poszczególne państwa, a nie jak teraz, rodzaj eurowojewództw. Mieli swoich ludzi wśród gazeciarzy, którzy po cichu wsadzali między kartki Euro Gazety nielegalny kolportaż. Ciężko było zapisać się do ich bazy adresowej. Nie dość, że świetnie się maskują i samo odnalezienie odpowiednich ludzi graniczy z cudem, to każdego chętnego na "Wolny Naród" głęboko i skrzętnie sprawdzali. Nie mieli innego wyjścia. Wszelkie próby dezintegracyjne w oczach władzy, kończyły się tragicznie. Śmiercią. Oczywiście w imię nieskrępowanej wolności w EuroŚwiecie.
7:40, czas zamknąć mieszkanie i w końcu wyjść do tej przeklętej pracy. Zbiegam po schodach i wychodzę na ulicę. Ludzie, mimo słońca, smętnie snują się w swoich kierunkach. Wskakuję do swojego małego, elektrycznego samochodu w kształcie jajka na trzech kołach i odjeżdżam. Ruch umiarkowany na drodze jak i chodnikach. Powszechna homoseksualność doprowadza do szybkiego starzenia się społeczeństwa i jego wyludnienia. Mimo zaawansowanych technologii, do tej pory zachodzenie w ciążę między Małżonkami A i B, jest mało skuteczne. Pięć na sto przypadków. Zapładnianie naturalnym in vitro jest dopuszczalne tylko w skrajnych przypadkach, gdyż wymaga spotkania się w jednej alkowie mężczyzny i kobiety. Obrzydlistwo.
Wybucham gromkim śmiechem, jednak zaraz przestaje mi być do śmiechu. To okropne...
Dojeżdżam pod szklany wieżowiec. Parkuję na swoim miejscu, wysiadam i wchodzę do budynku. Przykładam kartę do czytnika. Zapala się zielona lampka. Wraz z grupką osób ładuję się do windy. Ósme piętro, pokój 825, biurko 3a. Ścieram warstewkę kurzu ze swojej tabliczki na stole - "dr Mark Revit - second manager". Westchnąłem ciężko, patrząc na swoją unijną godność. Według dyryektywy z dnia 25 września 2050, wszystkie imiona i nazwiska należało przemianować na uniwersalne, łatwe do wypowiedzenia w każdym języku, czyli angielskim. Dopuszczalny był jeszcze francuski i niemiecki oraz rosyjski. Już wolałem angielski.
Ciężko usiadłem za biurkiem i zabrałem się do pracy. Podpis tu, podpis tam, teleobraz do sekretarki, by sprawdzić dzisiejsze spotkania. Nic specjalnego. Tak na dobrą sprawę, byłem kolejnym, zupełnie zbędnym trybikiem w europejskiej biurokracji. Każda decyzja wymagała przynajmniej dziesięciu potwierdzeń takich ludzi jak ja. Sztuczna kreacja kilkunastu miejsc pracy pomnożona przez każdy wydział każdego departamentu. Dziś mój wydział zajmował się gospodarką rolną, za tydzień rynkiem pracy, a pewnie za miesiąc odpadami wtórnymi.
Włączam kanał z wiadomościami politycznymi. W moim zawodzie muszę być na bieżąco z wszlekimi trendami w ogólnoeuropejskiej polityce, gdzie i kiedy, który dekret. W jednym momencie zmroziło mi krew w żyłach, prezenterka ze stoickim spokojem opowiadała o ostatnim dekrecie Komisji Europejskiej - Od przyszłego miesiąca, dekretem Komisji Europejskiej numer 3408/2055, zostanie wprowadzony abonament za posiadanie imienia i nazwiska. Każdy obywatel rocznie będzie musiał uiszczać opłatę w wysokości 200 euro za utrzymanie się w spisie ludności, co, jak przypominamy, jest niezbędne do funkcjonowania w Europie. Pieniądze zasilą konta Wydziału Napływu Imigrantów, który pomaga zaaklimatyzować się i stworzyć najdogodniejsze warunki wszystkim przybyszom spoza Wspólnoty. - Dalej już nie słuchałem. W uszach miałem szum, po głowie przetaczało się 200 euro za imię i nazwisko. Rocznie. Wydział Napływu Imigrantów. 200 euro. Nazwisko. Imię. - Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! - zerwałem się z fotela i wybiegłem do toalety. Facet z biurka 3b spojrzał na mnie jak na ostatniego idiotę i gnidę. Jednak tego nie zarejestrowałem. Potem tylko mogłem tego żałować, że nie zabiłem go. Lodowata woda przyjemnie chłodziła przegrzany umysł, jednak niepokoju nic nie mogło wypłukać. - Jak daleko to jeszcze może się posunąć.?Jak? Dokąd? Jak? Gdzie? Jak?! - gorączkowo zadawałem sobie te pytania. Nie zauważyłem, kiedy od tyłu podeszło do mnie dwóch funkcjonariuszy z wydziału Poszanowania Wolności (cóż za cyniczna nazwa, jeżeli wie się co robią). Skuli mnie i syknęli - Pan pójdzie z nami - to był koniec dla mnie. Zemdlałem
Nie wiem po jakim czasie się ocknąłem. Na pewno było to nieprzyjemne. Kubeł wody i 220V z krzesła, do którego byłem przykuty. Skutek natychmiastowy. Ostre światło padało wprost na moją twarz. Chciało mi się rzygać. Zza lampy odezwał się ostry, nieznoszący sprzeciwu głos - Mark Revit, wiecie czemu tu jesteście? - milczałem - Odpowiadajcie! - wrzasnął ten zza lampy, a w tył głowy nagle oberwałem jakimś kijem. Z tyłu też mnie pilnowali. - Kurwa, w co ja się wpakowałem - myśli nie chciały się poskładać. - Niyyyyyue weuieemmm - wymamrotałem. Wciąż chciało mi się rzygać. Porzygałem się. - Skoro nie wiecie, czemu tu jesteście, to wam wyjaśnię, panie Revit - jakby niczego nie zauważając, ten sterujący lampą kontynuował. - Nie spodobał wam się dekret Komisji Europejskiej numer 3408/2055 o abonamencie nazewnictwa! Czy nie zdajecie sobie sprawy z tego, że dzięki tym pienią dzom pogłębiamy tolerancję i wolność? Nie zdajecie sobie z tego, kurwa, sprawy? - Gdzieś z boku dopadła mnie stalowa pięść z kastetem. - Tolerancja - ironicznie przebiegło mi po głowie. Przesłuchujący mnie facet bez zbędnych ceregieli osądził mnie. - Obywatelu Mark Revit, tracisz pracę w swoim wydziale, nie masz prawa do ponownego ubiegania się tam o zatrudnienie, konfiskujemy na pana koszt mieszkanie i samochód. - po czym zbliżył się i syknął mi do ucha - bardzo dobrze się składa, bo akurat nie miałem gdzie ulokować mojego syna wraz z narzeczonym. - po czym oddalił się. Modliłem się w duchu, żeby przypadkiem nie zrobili mi rewizji teczki. "Wolny Naród" mógł w tej chwili wpędzić mnie w jeszcze większe kłopoty. Wykrakałem... - No proszę, panie Revit... - nastąpiła nieznośna cisza - Próbuje pan obalić Wspólnotę! - po czym z wściekłością rzucił mi biuletyn pod nogi i nasikał na to - Chyba na eksmisji się nie skończy - zabrzmiało to złowieszczo - Do Aresztu Wolności z nim! - wrzasnął do podwładnych.
Znów straciłem przytomność...
c.d.n.

